12 marca 2019

SMAK DZIECIŃSTWA

Dzięki Ci Panie za dzieciństwo.Za dzieciństwo, które dane było mi przeżyć zupełnie inaczej niż przeżywają je dzieci teraz.Naprawdę dziękuję.

Kiedy byłam mała nie było komputerów i komórek. Przynajmniej my nie mieliśmy. Wszyscy mieszkaliśmy w wielkich blokach i to właśnie one były naszym placem zabaw. Bo ani boisk ani placów zabaw nie było. Nie przeszkadzało nam to, bo nuda w ogóle nam nie towarzyszyła. Teraz boisk i placów zabaw jest mnóstwo, ale co z tego skoro w większości są puste?

Kiedy wracam pamięcią do mojego dzieciństwa widzę mnóstwo dzieciaków, z różnych domów, które razem chodziły po drzewach, budowały bazy i bawiły się w podchody. Nie było żadnych podziałów ani uprzedzeń. Oczywiście nie było aż tak kolorowo. Jedni lubili się mniej,  inni bardziej, ale mimo wszystko byliśmy grupą dzieciaków, których największym problemem było jedzenie obiadów, których nie lubiliśmy. Nie mieliśmy super drogich zabawek i dzięki temu umieliśmy się bawić tym, co nas otaczało.

Starsze koleżanki bawiły się w dom w piaskownicy. Zawsze im zazdrościłyśmy, bo miały dużo przyrządów, które ten dom tworzyły. Mały rondelek, łyżki i talerzyki, trochę opakowań po jogurtach i przygotowanie obiadu z piasku stawało się proste. Te same starsze koleżanki, kiedy  wyrosły z zabawy w dom oddały nam torby pełne „domowych” skarbów i to my przejęłyśmy piaskownicową schedę.

Na moim podwórku było zawsze więcej chłopców niż dziewczynek. Trzymałyśmy się w kilka i towarzyszyłyśmy dużej grupie chłopców. Chodziłyśmy z nimi po drzewach, ganiałyśmy się i obdrapywałyśmy kolana. Potem robiliśmy konkursy na większą ilość blizn na ciele, ale za nim do nich dochodziło wszyscy zdrapywali strupy, żeby blizn było jak najwięcej.

Po drzewach chodziłyśmy też same, bo kasztany najlepsze były wysoko na górze. Te, które leżały na ziemi nie miały tego „czegoś”. Koleżanka raz spadła z samego czubka (na moje oko 4 albo 5 metrowego) drzewa. Myślałam, że umarła, ale na szczęście złamała tylko rękę. W 3 miejscach z przemieszczeniem.

Na drzewach budowaliśmy też bazy. Chłopaki nieopodal cmentarza Bródnowskiego zbudowali bazę, która jak na dzieciaki była naprawdę imponująca. Nie pozwalali dziewczynom tam wchodzić, ale i tak się wkradałyśmy. Do pnia przybite były schodki i nie raz pod naciskiem nogi schodek się urywał. Potem miasto stwierdziło, że wybuduje tam drogę. Z dnia na dzień bazy nie było. Ale płacz i smutek już tak, bo to był przecież „nasz dom”.

Bawiliśmy się w opuszczonych budynkach kolejowych, gdzie wstęp był oczywiście wzbroniony. Schodziliśmy do podziemi, szwendaliśmy się po ciemnych pomieszczeniach i baliśmy się tylko duchów. Dzisiaj tych budynków już nie ma, ale kiedy pomyślę sobie ilu narkomanów i psychopatów mogło tam na nas czyhać to przechodzą mnie ciarki.

Każdy spalony i opuszczony dom był nasz. Rodzinę koleżanki przenieśli z domku do mieszkania, bo dom stał na działce, na której miała powstać trasa szybkiego ruchu. Długo stał pusty i mimo, że wcześniej w nim bywałam wierzyłam w opowieści o duchach krążących po nim od czasu, kiedy został opuszczony,  które opowiadali nam starsi chłopcy. Kto do niego wszedł był bohaterem. Mi też się udało. To było 20 lat temu, domu już nie ma, a trasy do tej pory nie wybudowali.

Mój brat złamał rękę, kiedy przekroczył próg domu na rolkach. Ja złamałam swoją, kiedy w dniu zakończenia roku szkolnego razem z przyjaciółką postanowiłyśmy pobić rekord w chodzeniu po rurkach otaczających trawnik. Miały może 30 cm wysokości. Koleżanka zdarła sobie całą brodę do krwi, a ja złamałam rękę. Chyba więcej już po rurkach nie chodziłyśmy.

Inna koleżanka bardzo chciała mieć złamaną nogę, bo nie chciała chodzić do szkoły. Próbowałyśmy różnych sposobów, ale jakoś nie wychodziło. Kiedyś noga dziwnie zaklinowała jej się między pedałem roweru, a jakąś inną jego częścią. Miałyśmy wrażenie, że spuchła więc wylądowałyśmy z jej tatą na ostrym dyżurze. Po 6 godzinach czekania okazało się, że nic z tego. Takich prób było kilka, ale niestety bez skutku. Potem niefortunnie w szkole, na wfie, źle skoczyła i złamała nogę. Z tego co pamiętam to był koniec roku szkolnego. Nie fajnie.

W podstawówce mieliśmy tylko dwie równoległe klasy. Była klasa A i klasa B. W zasadzie wszyscy się doskonale znaliśmy, ale za swoją klasą stało się murem. Chłopaki grali mecze piłki nożnej w pobliskim parku klasa przeciwko klasie. Zawsze kibicowałyśmy chłopakom z naszej klasy, ale jak nas wkurzali przechodziłyśmy na stronę przeciwną. Potem patrzenie nam się znudziło i same zaczęłyśmy grać w piłkę. U chłopaków podczas grania agresji nie było. U nas było grubo, jak podczas walk kogutów. Dobrze, że nie miałyśmy doczepianych włosów i rzęs, bo na pewno by się posypały. 

Były tez podwórkowe miłości, pierwsze trzymanie się za rękę i "chodzenie ze sobą".  Miałam kiedyś chłopaka, nasz związek trwał jeden dzień i nie pamiętam kto zerwał. Pamiętam jednak, że jeszcze w czasie naszego długiego związku dostałam od chłopaka małą paczkę chipsów Lays o smaku zielonej cebulki, której zawartość od razu zjadłam. Po zerwaniu musiałam ją odkupić. Życie. 

Gdyby moja mama wiedziała, że wchodziłam na dach mojego 10 piętrowego bloku i opalałam się na czarnej papie na olej słonecznikowy – pewnie dałaby mi szlaban do końca życia. Na szczęście nie wiedziała (chyba!). Buziaki mamo.


To tylko cześć rzeczy, o której Ci piszę. Inne nie nadają się do publikacji. Wszystkie jednak sprawiły, że mam naprawdę fantastyczne wspomnienia związane z moim dzieciństwem. Mam co opowiadać i kocham to robić, bo moje dzieci nie będą miały takich wspomnień. A ten post dedykuję wszystkim tym, którzy towarzyszyli mi w moim dzieciństwie.  



ZDJĘCIA MACIEK SZABLIŃSKI

total look  | reserved
torebka | bag | phillip lim
buty | shoes | renee


4 komentarze:

  1. No tak z tym „złamaniem” było całkiem zabawne. Zapomniałam o niej jedząc na kuckach kurczaka 😂😂😂😂❤️

    OdpowiedzUsuń
  2. Paulina jak zawsze zachwycasz! Super
    Zapraszam do siebie w wolnej chwili,
    Miłego dnia, xx Bambi

    OdpowiedzUsuń

KOKORINOO dziękuje i pozdrawia !