18 stycznia 2018

PRAGA - KILKUDNIOWA WYCIECZKA



Praga, Praga, Praga…

Uwielbiam odwiedzać nowe miejsca. Kocham uczucie niepewności, które towarzyszy mi podczas odkrywania czegoś zupełnie mi nieznanego. I chociaż Praga to teoretycznie żaden „inny świat”, to kiedy przez okno naszej wyścigówki zauważyłam znak z nazwą miasta byłam niesamowicie podekscytowana. 

Do Pragi przyjechaliśmy na Sylwestra, ale postanowiliśmy nie ograniczać się jedynie do dnia zabawy sylwestrowej i nasz pobyt w czeskiej stolicy trwał prawie tydzień. Mieszkaliśmy nieopodal wzgórza Petrin, tuż obok ogromnego stadionu Strahov, który (co ciekawe otwarty w 1926 r.) jest największym stadionem piłkarskim na świecie. Nie zrobiłam ani jednego zdjęcia tego paskudztwa, ale mogę zapewnić, że kiedy przejeżdżaliśmy obok niego po zmroku – powiało grozą. Nie mniej jednak stadion w latach swojej świetności mieścił aż 250 tysięcy kibiców i znajduje się na nim aż 7 pełnowymiarowych boisk, które aktualnie służą Sparcie Praga jedynie jako boiska treningowe. Kto bogatemu zabroni. Jednak to nie o stadionie miałam Wam napisać. Po tym jak opublikowałam na Instagramie zdjęcie okna z widokiem na Pragę, zaczęłam tonąć w wiadomościach dotyczących naszego noclegu. Niestety, ku Waszemu rozczarowaniu, nie był to hotel, tylko mieszkanie, które mieliśmy do swojej dyspozycji dzięki uprzejmości znajomego. Tak, wiem… szkoda. Widoki zapierały dech w piersiach. 


Nasz plan na eksplorowanie Pragi to tak zwany „brak planu”. Chyba pierwszy raz w życiu pojechałam gdzieś nie przeglądając wcześniej czeluści Internetu w poszukiwaniu miejsc, które warto odwiedzić. Z pewnością nie zobaczyłam wielu, które powinnam była zobaczyć w Pradze, ale muszę przyznać, że łażenie bez celu i przede wszystkim bez pośpiechu bardzo dobrze na mnie wpłynęło. Słynny Most Karola oczywiście zobaczyłam, ale nie wiem czy będę miała szczęście, bo płaskorzeźby pod figurą św. Jana Nepomucena nie dotknęłam. Wszystko przez zakochanych w moście azjatów, którzy stworzyli pokaźną kolejkę do przynoszącej szczęście rzeźby. Pochwalę się, że nawet przemknęłam zatłoczonym Mostem Karola pomiędzy milionem innych turystów do Bramy Mostowej, a potem Hradczanów. Zamku nie zwiedziliśmy, bo najzwyczajniej w świecie nie chciało nam się stać w kolejce. Cóż, może innym razem. 


Po Pradze poruszaliśmy się głównie pieszo, ale korzystaliśmy również z autobusów i metra. Miasto jest bardzo dobrze skomunikowane i dotarcie z punktu A do B nie należy do bardzo skomplikowanych czynności. Jednakże ja zawsze stawiam na moje własne nogi i staram się jak najwięcej przejść pieszo. Gdybym tylko jeździła nie dostrzegłabym praskich chodników, które tak bardzo mi się podobały. Uwielbiam dostrzegać piękno w takich prozaicznych rzeczach.


I tu dochodzimy do punktu, który chyba jako jeden jedyny mnie rozczarował. JEDZENIE. W wycieczkach chodzi o to, aby próbować nowych smaków. Zawsze to robię i nie wyobrażam sobie wyjeżdżając poza granice Polski nie spróbować lokalnych potraw. Poza smażonym serem(podawanym z frytkami i sosem tatarskim! yummy!) czeskie jedzenie w ogóle nie trafia w mój gust. Za każdym razem wybierałam w restauracjach coś, co stawało mi w gardle i finalnie chodziłam głodna. Ich kuchnia jest bardzo tłusta i ciężko strawna. Porcje serwowane w restauracjach są ogromne, a przez to bardzo kaloryczne - totalnie nie mój klimat, ale panowie towarzyszący mi w podróży byli raczej zadowoleni.


I kto by pomyślał, że ta czeska stolica tak bardzo mi się spodoba. To była moja pierwsza wizyta w Pradze, ale już wiem, że nie ostatnia. Z pewnością jeszcze się do niej wybiorę, ale może w nieco cieplejszym okresie, kiedy odkrywanie jej najdalszych zakamarków nie będzie grozić odmrożeniem palców, a zmrok nie będzie zapadał tak szybko. See you soon!

3 komentarze:

  1. Jakie boskie zdjęciaaaaaaaaaaaa

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowny wypad, a Praga jest piekna ;) pozdrawiam i zapraszam ;)

    OdpowiedzUsuń

KOKORINOO dziękuje i pozdrawia !